042 – Via Dolorosa cz.2

The Virgin & Angels William-Adolphe Bouguereau
- Nie potrafię opowiedzieć tego piekła
- Olbrzymia ilość płonącej benzyny lotniczej sprawiła wrażenie ze za chwile upieczemy się żywcem.
- Pracowałem w restauracji na 106 pietrze, gdy usłyszałem huk a budynek zadrżał.
- Pomyślałem, że muszę się znaleźć jak najszybciej w Sky Lobbie.
- Pobiegłem w stronę wind, lecz to właśnie stamtąd dochodził największy żar i dym.
- Zszedłem schodami piętro niżej.
- Lecz kłęby dymu zmusiły mnie do powrotu.
- Wtedy zadzwonił telefon.
- To Ruta – moja żona.
- - Jezon? – usłyszałem jej zaniepokojony głos.
- - Ruta? – odpowiedziałem
- - Czy u ciebie wszystko w porządku?
- Tak bardzo się bałam, oglądam w telewizji, że jakiś samolot miał wypadek i uderzył w północna wieżę.
- A przecież ty tam pracujesz.
- Tak bardzo się martwiłam, że coś ci mogło się stać.
- Tak bardzo się ciesze, że nic ci nie jest.
- Żyje, ty moja najukochańsza Rut – starałem się mówić najspokojniej jak potrafię.
- Czy mogłem Ci powiedzieć, że znajduje się w sytuacji, z której nie ma wyjścia?
- Kocham cie Jezonie – usłyszałem – Bardzo Cię kocham.
- Ratuj się, jesteś mi bardzo potrzebny
- Postaram się jakoś z tego wydostać – krzyknąłem – kocham Cie! Zadzwoń do mnie za kilka minut.
- Wtedy zobaczyłem, jak w sąsiednią wieże uderza samolot i jak z budynku wylatuje ogień i dym.
- Wtedy uświadomiłem sobie, że to nie wypadek.
- Wtedy zawaliło się piętro i zobaczyłem pod sobą ziejąca ogniem jamę.
- Czy tak wygląda piekło?
- Gabriel!
- Gabriel… Strażniku mego Raju, czy chcesz mnie wrzucić do piekła?- zawołałem.
- Jak osaczone zwierze biegałem do utraty tchu, szukając wyjścia.
- Nie znalazłem.
- Stałem przy wytłuczonym oknie, patrząc w budzący sie dzień.
- Na niebie żadnej chmury
- Pociekły mi łzy i zawołałem: Eli, Eli, lema sabachthani?
- Nie miałem tallit, nie miałem tefillin, lecz usta moje powtarzały: Baruch ata Adonaj Elohejnu, Melech haolam, aszer kidszanu bemicwotajw weciwanu likro et hahallel przypominając smak wina ostatniego Pesach…
- I wtedy zobaczyłem Go.
- Stał, patrząc na mnie ciepłym wzrokiem.
- Uśmiechał sie.
- Czy to ty Gabriel? – zapytałem cicho.
- Już czas…. – odpowiedział
- Juz czas… – powtórzyłem.
- Skoczyłem przed siebie.
- Chociaż zobacze, co się własciwie stało – pomyślałem
- Zobaczyłem, że kilkanaście metrów dalej też ktoś spada,
- Zobaczyłem straszna dziurę, przez którą buchały płomienie i czarny dym.
- Zobaczyłem przepiękne błekitne niebo.
- Zobaczyłem na dole tłumy ludzi, do których zbliżałem się przerażająco szybko.
- I wówczas poczułem miekkość skrzydeł Gabriela.
- Poczułem, że już nie spadam
- Poczułem, że się unoszę wprost w ten cudowny, bezchmurny błękit nieba.
- Wtedy usłyszałem dzwonek, mojego mobilnego telefonu.
- To Ruta – pomyślałem.
- To wszystko co zapamiętałem.

God Writing on the Tables of the Covenant William Blake
_________
Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd





Czyż nie pięknie jest wierzyć, że przychodzą po nas litościwe anioły… że strach nie jest taki straszny, a ból bolesny…? Czyż nie byłoby tak lepiej…? Fajniej by tak było. Nie dla nich, dla nas. Odpoczywają już bez bólu, bez łez, bez pamięci…