002 – Pierwsza Księga Wędrowców – Ulisses – cz.1

First Kiss, Bouguereau
Dzwony prowadzą samotnego wędrowca
- Pewnego letniego, bardzo ciepłego wieczoru, wyszedł z domu młody mężczyzna i skierował się w stronę dotychczas mu nieznaną.
- Szedł przed siebie.
- Samotnie
- Bez mapy, do przodu.
- Nie starał się zapamiętać drogi powrotnej; nie czynił również nic aby zapomnieć skąd przyszedł.
- Był pewien, że tam skąd przyszedł nie ma już po co wracać, nic go tam nie ciągnęło i w zasadzie nie miał specjalnego wyboru – więc szedł, przed siebie.
- Smuciła go trochę ta samotna wędrówka.
- Co prawda spotykał, od czasu do czasu, na swej drodze jakichś połamańców, jakichś przegranych nieudaczników życiowych, i rozwodników kąpiących się w alkoholu…
- Czasami, nie za często, tuż obok przemykały jakieś szalone kobiety, mknące przed siebie jak opętane; tworząc niewiarygodne ilości kurzu.
- Zatrzymywał się wtedy zdziwiony, zamykał oczy by wirujące ziarenka nie wbiły się w rogówkę.
- Po chwili delikatnie przecierał oczy i ze zdumieniem obserwował obłok uniesionej ziemi..
- – Co za dziwy! – powiedział do siebie, gdy tuż obok przemknęła kolejna opętana.
- Wzruszał ramionami i szedł dalej, jak zwykle samotnie; i nikt nie szedł w tą samą co on stronę.
- Doprawdy nie ma do kogo gęby otworzyć – pomyślał wspinając się wysoko, jak najwyżej na palce by lepiej obejrzeć otoczenie.
- Przyglądał się okolicy uważnie.
- – Gdzie nie spojrzysz tak samo… Nawet nie ma na czym oka zaczepić… – powiedział i poszedł dalej wycierając zakurzony pot z czoła.
- Było mu jakoś niewesoło.
- I wówczas, wtedy gdy dla dodania sobie animuszu wygwizdywał dziarskie pieśni, do wtóru podniebnych skowronków, właśnie wtedy (dobrze to dziś pamiętał) usłyszał odległy dźwięk dzwonu.
- Toczył się po polach, po łąkach, powodując drżenie każdego stworzenia, każdego źdźbła trawy i każdego zioła, by odbić się od dalekiego lasu i po chwili wrócić echem.
- Dzwonią – pomyślał.
- - Jak dzwonią to jest kościół – powiedział do siebie i ogarnęła go jakaś radość, i wtedy uświadomił sobie jak bardzo zmęczyła go ta samotna wędrówka.
Nadzieje samotnego wędrowca
- Miał nadzieję, że tam skąd dobiega ten kołyszący dźwięk spotka innych wędrowców, tak samo jak on ściągniętych głosem dzwonu.
- Wyobraził sobie, że w tym odległym, nieznanym mu miejscu spotka podobnych sobie ludzi z którymi w przyjaźni pójdą razem w nieznanym i nie wytyczonym kierunku.
- Razem było by przecież weselej – pomyślał zrywając kwitnący dziurawiec.
- Był tak przepełniony potrzebą nowego, tego czegoś, czego nie podpowiadała mu nawet wyobraźnia, że przyspieszył kroku, biec prawie zaczął.
- Po chwili zwolnił – By sił starczyło…
- Szedł teraz swoim wypróbowanym krokiem i myślał o tym co spotka, co go niebawem czeka.
- Świat jawił się ciekawie i nie dostrzegał niebezpieczeństw z którymi nie mógłby sobie poradzić.
- Nie był już przecież dzieckiem i trochę wiedział o świecie, szedł by dowiedzieć się więcej, by z tego co go spotka czerpać pełnymi garściami.
- To co już wiedział, dawało mu jakie takie poczucie bezpieczeństwa.
- Szedł więc bez obaw.
- Przed siebie…
- Liczył również na to, że na tej drodze znajdzie kobietę z którą złączy swój los, którą pokocha i która będzie jego kochać.
- Która złączy z nim swój los na dobre i na złe; i z którą będą szli razem, wspierając się w biedzie i ciesząc dostatkiem.
- Nie był biedny, nie był bogaty, ale był przekonany, że posiada taką zaradność, która pomoże mu usuwać kłody które znajdą na swej drodze.
A dzwon był coraz bliżej
- Szedł, a dzwon dzwonił.
- I był coraz bliżej.
- - Coraz lepiej go słychać – wyszeptał, nie chcąc go zagłuszyć, i znowu przyśpieszył; by zdążyć przed nocą.
- Obawiał się nieco, że w ciemności nocy, może zawędrować gdzie indziej.
- Nie tam gdzie dzwonią, lecz tam gdzie echo.
- Pięknie dzwoni… – powiedział już głośniej, i w tej samej chwili pomyślał, że przydałby się jeszcze jakiś drugi, albo chociaż jakieś inne, małe dzwoneczki.
- - Dużo małych dzwoneczków, aby ten kolos ich nie zagłuszył.
- Była by to muzyka przyjemniejsza dla ucha! – wykrzyknął ile sił w płucach, radośnie uśmiechając się do przelatującej pary synogarlic.
_________
Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd




